środa, 10 czerwca 2015

Matka, która jest we mnie, przeżywa.

Matka, która jest we mnie, przeżywa... Starsza wyjechała z dziadkami na wakacje, do kraju ich młodości. Przez kilka dni wcześniej była nieswoja. Nerwowa. Gdy przyszedł moment wyjazdu, wzięła plecak  i poszła do samochodu nie oglądając się za siebie.
Gula mi stanęła w gardle, a w oku zakręciła się łza. Jak nigdy wcześniej - poczułam się "Matką". Moje dziecko pojechało tak daleko. Pojechało beze mnie. Ona ma dopiero 5 lat.
Matka we mnie cieszy się z tego milowego kroku. Ale też przeżywa rozstanie. Kołomyja emocjonalna.
Dopiero teraz kapią łzy.
***

Dzwoniła... Dojechali. Fajnie, ciekawie, zupełnie inaczej niż u nas. Rodzina się cieszy. Świętują. Tęskni. "Mamo chciałabym, żebyś tu była ze mną". "Tak, Babcia bardzo się stara".
I medal dla mojej Mamy za odwagę.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Spokojny sen

Lulek chce spać. Ja jeszcze coś szykuję. Jest późno. Ale muszę to zrobić teraz. Tata chce go położyć. Lulek nie chce taty. Chce tylko mamę (wyjątkowo uczepiony spódnicy). Tata chce go wziąć trochę na siłę. Lulek w ryk.
Idziemy do sypialni. Lulam na rękach chwilę, żeby wyciszyć spazmy. Lulek oddycha coraz spokojniej.
Wchodzi Lusia, ona też chce do mamy, bo nie dała buziaka. Daje buziaka, ale nie wychodzi, bo broda, którą sobie rano otarła znów zaczęła boleć. Kładzie się na łóżku i przykrywa kołdrą.
Lulek w ryk. Nie chce Lusi. Chce tylko mamę. A tak w ogóle to po chwili chce do dziennego pokoju.
Wychodzimy we trójkę. Siadam na sofie z dziećmi. W pokoju ciemno, tylko w TV "Rybka śpi". Lulek siedzi oparty o mnie i ściska liska. Biorę 3 łyki zimnej herbaty. Lulek wypuszcza liska. Śpi. U moich nóg leży Lusia... nie rusza się. O! zasnęła...

Oto początek spokojnego wieczoru.
Doświadczenie mi mówi, co by było gdybyśmy nie wyszli do dużego pokoju. Na pewno nie byłoby mnie teraz tutaj ;)

Zabawy moich dzieci: mycie okien

***
Wczoraj Lusia wzięła pędzle do malowania. Do słoika nalała wody. Weszła na stołek, za nią Lulek, a jakże. Postanowili umyć okno pędzlami J 
Smarowali ponad pół godziny. Gdy woda zaczęła się lać po ścianie, Lusia złapała za torebkę z wacikami do twarzy i starannie wycierała ścinę... a potem też podłogę.
Radości nie było końca.
***

piątek, 29 maja 2015

Smaki dzieciństwa

Są takie smaki i zapachy... gdy je poczuję to zamykam oczy i przenoszę się do domu moich dziadków, obok którego stała "letnia kuchnia", w której Babcia przygotowywała chłodniki, placki, soki, kompoty, dżemy, konfitury i musy jabłkowe.

Dziś smażyłam dzieciom naleśniki i przyszedł do mnie smak grubych placków na zsiadłym mleku. Moja babcia robiła wyśmienite. Wstawała rano, zagniatała całą michę. Cisto rosło, i wczesnym popołudniem zaczynała smażenie. Jedliśmy je z dżemami z porzeczek i truskawek z naszego ogrodu. Mhmm... niebo w gębie. Moja mama niestety nie potrafi ich robić. Moje wychodzą nie takie miękkie, choć mąż uważa że też niezłe. Zbieram się, żeby zaserwować je moim dzieciom.

Najlepiej gasił pragnienie kompot z rabarbaru, na który teraz zaczął się sezon. Mama z okazji Dnia Matki uraczyła nas we wtorek rabarbarowym plackiem. Czas chyba na kompot :)

W pamięci zmysłowej trzymam też: pierogi z jagodami, kluski z truskawkami, kapustkę młodą z koperkiem, ogórki małosolne, kotlety mielone dziabane na pół, wkładane między dwie kromki chleba, i zabierane do domku na drzewie jako prowiant.

Gdy dzień wita mnie jak dziś przyjemnym słonkiem, chętnie zaglądam do tego bagażu kulinarnych doświadczeń, a pomysły na smaczny obiad pojawiają się w mig.

Czego i Wam życzę :)






środa, 11 marca 2015

W rozsypce.

Jestem... tak długo mnie nie było, że nie wiem od czego zacząć. Ten wpis układałam już w głowie sto razy, choć wątpię, że zabrzmi tak jakbym chciała. Lubię pisać na fali emocji, żeby nic nie uciekło. Jednak podczas tych emocji mam mnóstwo elementów "rzeczywistości" do ogarnięcia i jestem zmuszona pisać, gdy jest na to czas. I właśnie dlatego przez miesiące ten wpis nie powstawał. Może też dlatego, że w głowie nie wszystko było poukładane.

Działo się u nas sporo. Nie o wszystkim chyba tu będzie.

Tak jak sobie obiecywałam w postanowieniach noworocznych zaczęłam dbać o swoje zdrowie. Korzystając głównie ze państwowej służby zdrowia NFZ, ponieważ jest bezpłatna. Doprowadziło mnie to donikąd. Mimo różnych objawów nic nie ustalono. W końcu poszłam do lekarzy prywatnie i teraz składam te puzzle do kupy. Nie jest idealnie, ale jak jest to jeszcze nie wiadomo. Mam nadzieję, że nie jest źle i wyjdę na prostą.

Nie lubię pisać o moim życiu osobistym. Wolałabym te słowa wylać do pamiętniczka schowanego głęboko w szufladzie. Ale w końcu prowadzę bloga w ramach pamiętnika, więc nie pozostaje mi nic innego niż tu rozlać trochę goryczy. Przechodzimy z mężem kryzys małżeński, po wielu wspólnych latach (piętnastu) po raz pierwszy. Jak sięgam pamięcią i się dokopię do wspomnień to trwa on od mojej drugiej zagrożonej poronieniem a potem przedwczesnym porodem ciąży. A Synek właśnie skończył 2 lata. Kryzys się nawarstwiał. Chmury się zbierały. Niezaspokojone potrzeby odkładane były na półkę "kiedy będzie czas" i tak dotarliśmy do smutnego momentu (gula rośnie w gardle), że relacja się popsuła. Czuję, że w naszym związku brakuje szacunku, empatii, przyjaźni, miłości i docenienia (mojej) pracy w domu. Fajnie jest, że zakupy zrobione, lodówka pełna, dom posprzątany. I to się SAMO robi.
Sytuację przeanalizowałam już z każdej strony. Wiem, że mąż ma swoje racje. Niestety nie wszystkie (z przyczyn ode mnie niezależnych) mogą być spełnione.
Rzeczywistość dookoła udaje mi się maskować z dobrym skutkiem. Mam przyklejony uśmiech. Może nie szeroki, ale mam. Jestem dobrą gospodynią (obiady są, posprzątane jest, sprawy organizacyjne ogarniam sama). Matką jestem kochającą i troskliwą, słuchającą i nieoceniającą. Dzieciaki to czuję i są ze mną w pozytywny sposób związane. Ale o nich dziś nie będę pisać.
Żoną jestem chyba słabą. I w ogóle moja kobiecość jest w rozsypce. Chciałabym to wszystko pozbierać. Czy sama dam radę? - wątpię. Czy mi ktoś pomoże? - nie wiem. Smutno mi tak po ludzku i jakoś tak myślę sobie, że nie zasłużyłam.
Mąż chodzi własnymi drogami. Ja jestem czasami powietrzem. Mąż milczy lub warczy i fuka. Pracuje więc musi odpoczywać. Z dziećmi wygląda najlepiej na zdjęciu. Ewentualnie na rodzinnym spacerze.
Ja też już coraz mniej słucham. Coraz rzadziej coś opowiadam. Zapomnieliśmy czym jest miła rozmowa.

Na razie będzie tyle...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Do południa w piżamie... kontrowersje

Powiedzmy, że w czasach uniwersyteckich, gdy pisałam różne ważne prace, tudzież artykuły naukowe wymagające szczególnego wytężenia umysłu miałam schemat dnia dopasowany do sytuacji. Było mi z nim dobrze, a nikomu nic do niego :D
Otóż, gdy rano wstawałam, siadałam w piżamie i wertowałam notatki, czytałam książki, później siadałam do swojego tekstu i pisałam, poprawiałam, doczytywałam. W międzyczasie wypijałam kawę, zagryzałam ją rogalikiem. Około południa już byłam wypompowana i potrzebowałam wytchnienia. Szłam pod prysznic, zmieniałam piżamę na normalne ubranie. Jadłam drugie śniadanie. Czasami szłam na chwilę do ogrodu zobaczyć, jak rośliny wzrastają. Wtedy jeszcze miałam swój mały ogródek, o który dbałam.
Po tej około godzinnej przerwie wracałam do pisania i czytania. I tak około 17.00 zamykałam temat pisania i wychodziłam z domu. Szłam na spacer lub najczęściej spotkać się ludźmi, porozmawiać, pośmiać, zrelaksować.

I to siedzenie do południa w piżamie doprowadzało moją mamę do szału. Jak można pół dnia spędzić w piżamie (???).

Dziś też ubrałam się około południa (choć teraz prawie nigdy tak nie robię). Wstałam rano, ubrałam dzieci, przygotowałam sobie i dzieciom śniadanie, zjedliśmy, podałam im leki. Ugotowałam zupę i kompot. Usmażyłam naleśniki. Przygotowałam przesyłki do wysłania. I tak w piżamie zastało mnie południe. Wzięłam prysznic (akurat dzieci zgodnie bawiły się w przedszkole). Przebrałam się w ubranie domowe. Była 13.00. Zgodnie z planem dnia zjedliśmy obiad. I wyszliśmy na spacer na 2 godziny.
I cóż z tego, że byłam w piżamie do południa. Wszystkie obowiązki wypełniłam. Ale niektórym to się nie mieści w głowie...

Przeczytałam ostatnio u jednej z dziewczyn, że odkąd urodziła (całkiem niedawno) do wczesnego popołudnia chodzi w piżamie, bo nie ma się kiedy ubrać. I ja ją rozumiem.
Pamiętam z początków własnego macierzyństwa, że przez pierwszy miesiąc po porodzie chodziłam do południa w piżamie, chyba, że mieliśmy wizytę u lekarza. A jeśli nie piżamie to w podomce, żeby było wygodniej. I byłam rozgrzeszona. Bo miałam małe dziecko uczepione cycka. A dziś już mi nie wolno... Dlaczego?

Kilka dni temu wpadł mi w ręce tekst, w którym autorka przekonywała, żeby robić to na co się ma ochotę i nie robić tego, co sprawia nam przykrość czy dyskomfort. Oczywiście mowa tu o prozaicznych sprawach. Nie lubisz zmywać, kup zmywarkę. Nie chcesz się spotykać z koleżanką X, to zrezygnuj z tej znajomości. Nie lubisz chodzić do teatru, to pójdź do kina (jeśli lubisz :)) NIC NA SIŁĘ. I te słowa postanowiłam sobie wziąć do serca...

Ciężko się uwolnić od ciągłego oglądania się na innych. Zagłuszyć słowa krytyki i próby sterowania Twoim życiem... Bywa trudno, ale mam nadzieję, że jest to możliwe.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Warunki szkodliwe... dylematy Matki Polki

Dziś popołudniu dopadł mnie prawdziwie smętny nastrój. Jutro wielki dzień, Lusia po ponad miesięcznej przerwie wraca do przedszkola. Jest to powrót przez nią już trochę oczekiwany, ale jak się dziś okazało z nutą strachu.
Lusia od kilku tygodni zasypia sama przy Audiobooku. Można powiedzieć znowu, bo przecież już tak było. A dziś sen nie przychodził. Zaczęły się wędrówki po domu: "Mamo potrzebuję Twojej rączki". Mamy taki rytuał, że jeśli nie może zasnąć (a wykluczamy ssanie pieluchy podczas zasypiania) prosi bym dała jej moją rękę. I trzymając tak dłoń w mojej dłoni zasypia. W ostatnich tygodniach ta metoda nie była potrzebna, bo audiobook wyciszał i sen się pojawiał niemalże od razu. Ale nie dziś. Lusia potrzebowała ręki Mamusi. Gdy tylko usiadłam obok łóżeczka i złapałam ją za rękę, odliczyłam 12 oddechów i Lusia spała.

Byłam wczoraj u koleżanki i jak to w rozmowie opowiadałam, jak u nas minął ostatni miesiąc. I tak sobie to podsumowałam przy okazji...
Od miesiąca Lusia zdrowa (choć płyn u uszach utrzymywał się jeszcze 2 tygodnie po antybiotyku). Chodzi na zajęcia z języka angielskiego. Pani chwali. Córka moja ma fenomenalną pamięć. Pamięta słowa sprzed kilku miesięcy. Szybko uczy się nowych. Emocjonalnie się rozkręciła. Uśmiecha się częściej. Odpowiada na inicjatywy zabawy innych dzieci. Chyba jest dobrze.

Chodzi na zajęcia plastyczne. Zaczęła lepiej dociskać kredkę. Postacie są wyraźniejsze. Ludzie już wyglądają jak ludzie :) Mają wszystkie części ciała i są proporcjonalni. Ulubione motywy to: mama i rodzina. Rodzina jej własna, ale też inne wymyślone. Wśród tematów są też przedszkola, bloki, place zabaw, wakacyjne klimaty, jeziora, góry i stoki narciarskie.
Jeszcze w listopadzie Panie z przedszkola pokazywały mi zeszyty grafomotoryczne Lusi. Postacie na rysunkach oraz motywy umieszczone były w rogu kartki, takie malutkie ludziki, ledwie widoczne. A reszta kartki pusta. Miałam ją namawiać do zagospodarowywania całej kartki. O sprawie zapomniałam, bo święta i choroby. W tym czasie Lusia tworzyła w domu całe cykle rysunkowe i wszystko piękne, duże, wyraźne, w centrum kartki. Samo przyszło.... Jak czuła tak rysowała...

Pisałam już w poście noworocznym, że wymyśla zabawy: w lekarza, dom, restauracje, szpital, porodówke ;) obsadza nas w rolach i bawi się w życie.

Od ponad miesiąca uczymy się czytać. Mamy podręcznik. Proste książeczki do nauki czytania. I Lusia czyta. Coraz dłuższe teksty. Sprawia jej to frajdę i podnosi samoocenę. Bierze gazetę i czyta. Moje notatki i planery - oj, muszę już uważać ;) Pomagam, nie przeszkadzam, ale motywacja jest wewnętrzna.

Przymierzamy się do nauki godzin w zegarze. Już poczyniłyśmy pierwsze kroki. Prawie skończyłyśmy wyklejać nasz roboczy zegar. Rozmawiamy o porach dnia, godzinach, kiedy co robimy. Temat jest skomplikowany, ale chęci są duże, więc bierzemy byka za rogi.

Przed świętami byłam w przedszkolu złożyć Paniom życzenia. Dostałam kilka piosenek i wierszyków do nauczenia - zbliża się Dzień Babci i Dziadka. Kilka dni temu w popłochu wyjęłam kartki i zaczęłyśmy się uczyć. Wierszyki powtórzyłam 3-4 razy i Lusia już umiała. Piosenek nauczyła się w dwa wieczory. Opanowała wszystkie zwrotki. A ile przy tym zabawy, bo Lulek też śpiewa. Chyba na to konto zrobimy domowy Dzień Babci i Dziadka z występami. A co! :D

Wczoraj kupiliśmy Lusi łyżwy. Obok domu mamy lodowisko, mąż uznał, że warto to wykorzystać i się poruszać. I dwa dni weekendu spędziła na lodzie. Jeździła pierwszy raz i z jakim zapałem, śmiechem, radością i satysfakcją. Z poczuciem, że się z łyżwami na nogach urodziła :) Chciałaby jeszcze, codziennie. Ja też bym chciała...

Chcę zapisać ją na zajęcia "dziecięcych nutek", bo bardzo lubi śpiewać. Już raz byłyśmy na próbie i się podobało. Są dziewczynki w jej wieku, miła Pani, atmosfera zabawy. Ale przyszło chorowanie i już tego nie powtórzyłyśmy.

I tyle planów mamy. A przede wszystkim ja w domu mam zdrowe dziecko. Dzień układa się "normalnie". Rano idziemy po zakupy, robimy spacer po okolicy. Uczymy się i bawimy we trójkę. Dwa razy w tygodniu popołudniami Lusia idzie na zajęcia. Wieczorem możemy się wybrać do znajomych, spotkać się z ludźmi.
O tym jak jest podczas chorowania nie będę pisała, bo każdy wie, jak jest. W kółko oglądamy swoje 4 kąty i słuchamy pokasływania tudzież marudzenia.

Niedawno zrobiliśmy Lusi RTG nosogardła ze  względu na hipotezę powiększonego migdała. Lekarz wykonujący badanie napisał, że powiększenie jest nieznaczne i nie powinno mieć wpływu na drożność. Drożność jest prawidłowa. Jeśli potwierdzi to nasz laryngolog to ten punkt zaczepienia zostanie skutecznie wykluczony.

Zapisałam Lusię do poradni laryngologicznej w szpitalu klinicznym. Alergolog mi podpowiedział, że może powinno się zacząć od zrobienia wymazu bakteriologicznego z nosa, skoro katar jest bez przerwy. Ale w zasadzie to kataru nie ma bez przerwy. Nie było go np. w wakacje. Teraz po przeleczeniu antybiotykiem (ze względu na zapalenie uszu) katar całkowicie zniknął. On się pojawia tylko w jednych okolicznościach... I się zastanawiam, CZY W TYM WYPADKU WARTO ROBIĆ TO BADANIE?

I tak jutro Lusia idzie do przedszkola. Scenariusz już mi się rysuje w głowie...We wtorek- środę będzie "zatkana". W czwartek pojawi się ropny katar., który przez kolejne kilka dni się nasili na tyle, że dziecko będzie marudne, rozkojarzone, zasmarkane, ospałe i ciągle zmęczone, niechętne do nauki, wycofane, przygaszone. Dojdzie kaszel w nocy, bo katar lubi spływać - więc niewyspane, a razem z dzieckiem cały dom, bo jak nie słyszeć nocnego kasłania.

I opowiadam tej koleżance o tych moich dylematach. A ona trzeźwo mówi, to co ja już od dawna wiem(!!!): "Coś jej tam w tym przedszkolu szkodzi. Może jakiś grzybek, może inny alergen" (Fakt, że Lusia ma niewielką alergię, ale testy nie wykazały na co). I koleżanka pyta: "Czy tak na serio Lusia musi tam chodzić?"
I to jest sedno sprawy. Bywamy w różnych miejscach, w salach zabaw, w domu kultury, na różnych zajęciach i NIC jej nie szkodzi. A w przedszkolu zawsze coś....

Czy musi tam chodzić?... Ta moja ledwo 5-latka? No, trochę musi, bo jest w przymusowej "0", dzięki nowej ustawie o 6-latkach.
I niech mi ktoś powie: CO ROBIĆ? CO JEST WAŻNIEJSZE? CZY PRZEDKŁADAĆ EDUKACJĘ NAD ZDROWIE? CZY MOŻE PRZESADZAM I DZIECI TAK W KÓŁKO CHORUJĄ?

Z Małżem się dziś ścięliśmy, bo ja tu mówię o swoich obawach. A on wypala, że dla niego to bez znaczenia czy będzie chora czy nie. Ręce opadają. Może mu wszystko jedno, bo jest w pracy i nie ma "chorowania" na co dzień.
Ale już się nie chcę dodatkowo nakręcać, więc nie będę tematu drążyć.
Tylko wciąż odbija się od ściany pytanie "CO ROBIĆ?