wtorek, 23 czerwca 2015

Rozmowa z synem

W ubiegłą niedzielę rozmawiam z Lulkiem.

Ja: Luluś, idziesz dziś ze mną do Kościółka.
Lulek: Nie, baldzo.

Ja: Luluś, ale dziś niedziela.
Luluś: Lacej nie.

Po 20 minutach. Czas wyjść, więc zagajam. Luluś, w Kościółku będzie Przemek i Franek.
Lulek ochoczo: No dobla. Idę.

***
Ten mój dwulatek wie, jak powiedzieć NIE :)))

wtorek, 16 czerwca 2015

2+1 chwilowo

Gdy Starsza wyjechała, zostaliśmy z Młodszym we trójkę. Chwilowo o jeden element naszej rodzinnej układanki mniej, a ile zmian.
Poranki są leniwe (bo Starsza wstaje wcześniej).
Dni są spokojne.
W domu jest cicho.
Dużo z Młodszym rozmawiamy, o tym co nas otacza.
Młodszy ciągle czymś zajęty.
Układa zwierzątka na mapach.
Koloruje.
Gotuje!! na różowej kuchence.
Zasypia w ciągu dnia!!! Gdy jest Starsza, to się nakręcają i nie ma mowy o spaniu.
Spacery są przyjemne, bo Młodszy czasem siedzi w wózku i ogląda świat. Gdy jest Starsza, Młodszy nie usiedzi w wózku, bo chce jak Starsza na nogach. Czyli On biega, a ja za nim ganiam.
Jest czas na rozmowę z M.
Mniej kłócimy się z M. Nawet więcej, w ogóle się nie kłócimy. Wróci z pracy, obiad jest gotowy. Jemy we trojkę. Potem praca w ogrodzie, spacer, zabawa. Młodszy biega, przelewa wodę, podlewa.

Chwilowo jesteśmy jak rodzina 2+1. Młodszy jak to pierwsze małe, wychuchane. Cała uwaga skierowana na Niego. Młodszy, jako, że jest drugi to nigdy tego nie zaznał. A niech teraz ma - Tydzień Jedynaka :)
Z mojej perspektywy. Życie ze zbuntowanym, protestującym dwulatkiem - jako chwilowym jedynakiem - to bułka z masłem.
Tylko żeby mi się tu jaki Rodzic jedynaka nie obraził ;)

Otulam się spokojem i chłonę ciszę :)))))

Rozstania, na chwilę, na kilka dni, na tydzień są nam wszystkim potrzebne. Zmieniamy punkt widzenia. Coś się wyostrza, a coś blednie. Przyjmujemy inną perspektywę. Jest spokojniej, bo łatwiej się dogadać.
Odpoczywamy od siebie i tęsknimy. Jak miło tak zatęsknić.

środa, 10 czerwca 2015

Matka, która jest we mnie, przeżywa.

Matka, która jest we mnie, przeżywa... Starsza wyjechała z dziadkami na wakacje, do kraju ich młodości. Przez kilka dni wcześniej była nieswoja. Nerwowa. Gdy przyszedł moment wyjazdu, wzięła plecak  i poszła do samochodu nie oglądając się za siebie.
Gula mi stanęła w gardle, a w oku zakręciła się łza. Jak nigdy wcześniej - poczułam się "Matką". Moje dziecko pojechało tak daleko. Pojechało beze mnie. Ona ma dopiero 5 lat.
Matka we mnie cieszy się z tego milowego kroku. Ale też przeżywa rozstanie. Kołomyja emocjonalna.
Dopiero teraz kapią łzy.
***

Dzwoniła... Dojechali. Fajnie, ciekawie, zupełnie inaczej niż u nas. Rodzina się cieszy. Świętują. Tęskni. "Mamo chciałabym, żebyś tu była ze mną". "Tak, Babcia bardzo się stara".
I medal dla mojej Mamy za odwagę.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Spokojny sen

Lulek chce spać. Ja jeszcze coś szykuję. Jest późno. Ale muszę to zrobić teraz. Tata chce go położyć. Lulek nie chce taty. Chce tylko mamę (wyjątkowo uczepiony spódnicy). Tata chce go wziąć trochę na siłę. Lulek w ryk.
Idziemy do sypialni. Lulam na rękach chwilę, żeby wyciszyć spazmy. Lulek oddycha coraz spokojniej.
Wchodzi Lusia, ona też chce do mamy, bo nie dała buziaka. Daje buziaka, ale nie wychodzi, bo broda, którą sobie rano otarła znów zaczęła boleć. Kładzie się na łóżku i przykrywa kołdrą.
Lulek w ryk. Nie chce Lusi. Chce tylko mamę. A tak w ogóle to po chwili chce do dziennego pokoju.
Wychodzimy we trójkę. Siadam na sofie z dziećmi. W pokoju ciemno, tylko w TV "Rybka śpi". Lulek siedzi oparty o mnie i ściska liska. Biorę 3 łyki zimnej herbaty. Lulek wypuszcza liska. Śpi. U moich nóg leży Lusia... nie rusza się. O! zasnęła...

Oto początek spokojnego wieczoru.
Doświadczenie mi mówi, co by było gdybyśmy nie wyszli do dużego pokoju. Na pewno nie byłoby mnie teraz tutaj ;)

Zabawy moich dzieci: mycie okien

***
Wczoraj Lusia wzięła pędzle do malowania. Do słoika nalała wody. Weszła na stołek, za nią Lulek, a jakże. Postanowili umyć okno pędzlami J 
Smarowali ponad pół godziny. Gdy woda zaczęła się lać po ścianie, Lusia złapała za torebkę z wacikami do twarzy i starannie wycierała ścinę... a potem też podłogę.
Radości nie było końca.
***

piątek, 29 maja 2015

Smaki dzieciństwa

Są takie smaki i zapachy... gdy je poczuję to zamykam oczy i przenoszę się do domu moich dziadków, obok którego stała "letnia kuchnia", w której Babcia przygotowywała chłodniki, placki, soki, kompoty, dżemy, konfitury i musy jabłkowe.

Dziś smażyłam dzieciom naleśniki i przyszedł do mnie smak grubych placków na zsiadłym mleku. Moja babcia robiła wyśmienite. Wstawała rano, zagniatała całą michę. Cisto rosło, i wczesnym popołudniem zaczynała smażenie. Jedliśmy je z dżemami z porzeczek i truskawek z naszego ogrodu. Mhmm... niebo w gębie. Moja mama niestety nie potrafi ich robić. Moje wychodzą nie takie miękkie, choć mąż uważa że też niezłe. Zbieram się, żeby zaserwować je moim dzieciom.

Najlepiej gasił pragnienie kompot z rabarbaru, na który teraz zaczął się sezon. Mama z okazji Dnia Matki uraczyła nas we wtorek rabarbarowym plackiem. Czas chyba na kompot :)

W pamięci zmysłowej trzymam też: pierogi z jagodami, kluski z truskawkami, kapustkę młodą z koperkiem, ogórki małosolne, kotlety mielone dziabane na pół, wkładane między dwie kromki chleba, i zabierane do domku na drzewie jako prowiant.

Gdy dzień wita mnie jak dziś przyjemnym słonkiem, chętnie zaglądam do tego bagażu kulinarnych doświadczeń, a pomysły na smaczny obiad pojawiają się w mig.

Czego i Wam życzę :)






środa, 11 marca 2015

W rozsypce.

Jestem... tak długo mnie nie było, że nie wiem od czego zacząć. Ten wpis układałam już w głowie sto razy, choć wątpię, że zabrzmi tak jakbym chciała. Lubię pisać na fali emocji, żeby nic nie uciekło. Jednak podczas tych emocji mam mnóstwo elementów "rzeczywistości" do ogarnięcia i jestem zmuszona pisać, gdy jest na to czas. I właśnie dlatego przez miesiące ten wpis nie powstawał. Może też dlatego, że w głowie nie wszystko było poukładane.

Działo się u nas sporo. Nie o wszystkim chyba tu będzie.

Tak jak sobie obiecywałam w postanowieniach noworocznych zaczęłam dbać o swoje zdrowie. Korzystając głównie ze państwowej służby zdrowia NFZ, ponieważ jest bezpłatna. Doprowadziło mnie to donikąd. Mimo różnych objawów nic nie ustalono. W końcu poszłam do lekarzy prywatnie i teraz składam te puzzle do kupy. Nie jest idealnie, ale jak jest to jeszcze nie wiadomo. Mam nadzieję, że nie jest źle i wyjdę na prostą.

Nie lubię pisać o moim życiu osobistym. Wolałabym te słowa wylać do pamiętniczka schowanego głęboko w szufladzie. Ale w końcu prowadzę bloga w ramach pamiętnika, więc nie pozostaje mi nic innego niż tu rozlać trochę goryczy. Przechodzimy z mężem kryzys małżeński, po wielu wspólnych latach (piętnastu) po raz pierwszy. Jak sięgam pamięcią i się dokopię do wspomnień to trwa on od mojej drugiej zagrożonej poronieniem a potem przedwczesnym porodem ciąży. A Synek właśnie skończył 2 lata. Kryzys się nawarstwiał. Chmury się zbierały. Niezaspokojone potrzeby odkładane były na półkę "kiedy będzie czas" i tak dotarliśmy do smutnego momentu (gula rośnie w gardle), że relacja się popsuła. Czuję, że w naszym związku brakuje szacunku, empatii, przyjaźni, miłości i docenienia (mojej) pracy w domu. Fajnie jest, że zakupy zrobione, lodówka pełna, dom posprzątany. I to się SAMO robi.
Sytuację przeanalizowałam już z każdej strony. Wiem, że mąż ma swoje racje. Niestety nie wszystkie (z przyczyn ode mnie niezależnych) mogą być spełnione.
Rzeczywistość dookoła udaje mi się maskować z dobrym skutkiem. Mam przyklejony uśmiech. Może nie szeroki, ale mam. Jestem dobrą gospodynią (obiady są, posprzątane jest, sprawy organizacyjne ogarniam sama). Matką jestem kochającą i troskliwą, słuchającą i nieoceniającą. Dzieciaki to czuję i są ze mną w pozytywny sposób związane. Ale o nich dziś nie będę pisać.
Żoną jestem chyba słabą. I w ogóle moja kobiecość jest w rozsypce. Chciałabym to wszystko pozbierać. Czy sama dam radę? - wątpię. Czy mi ktoś pomoże? - nie wiem. Smutno mi tak po ludzku i jakoś tak myślę sobie, że nie zasłużyłam.
Mąż chodzi własnymi drogami. Ja jestem czasami powietrzem. Mąż milczy lub warczy i fuka. Pracuje więc musi odpoczywać. Z dziećmi wygląda najlepiej na zdjęciu. Ewentualnie na rodzinnym spacerze.
Ja też już coraz mniej słucham. Coraz rzadziej coś opowiadam. Zapomnieliśmy czym jest miła rozmowa.

Na razie będzie tyle...