Dzieci mają swoje powiedzonka, z których później wyrastają. Lulek jest w tym wieku (ok. 1,5 roku, a w przyszłym roku skończy 2 lata), że każde słowo zachwyca. A że lubi gadać zdaniami, odmienia przez przypadki to ja się rozpływam nad jego predyspozycjami w mowie :)
Tak, żeby kiedyś do tematu wrócić tu sobie kilka próbek wynotuję:
Wylał zawartość szklanki na podłogę: "Luluś wylał picie. Nic się nie tało. Mama poprząta"
Prosi o śniadanie w trybie oznajmującym: "Mama zrobi Lulusiowi kaszkę"
Żąda pilota od TV: "Mama pinieś pilota"
Podczas wizyty u okulisty:
"Pani ma okularki malutkie. Ogląda Lulusia. (po czym tonem rozkazującym) "Pani zapali lampę. Teraz!"
"Pani ma dużo babawek (zabawek). Luluś jeździ amochodzikami. Luluś idzie do domu. Zostawi amochodziki na parking."
Mówię, że dzisiaj świeci piękne słońce. Luluś na to: "Rzeczywiście świeci" :)))
Proszę, żeby oddał Lusi jej flamastry: "Luluś odda oczywiście" :)
Lulek kucnął za stolikiem."Będziesz robił kupę" - pytam. Luluś na to: "Chyba nie". I nie zrobił :)
Wyglądam zza drzwi, żeby zobaczyć co robi w swoim pokoju. Luluś na to: "Mama, schowaj się lepiej" :D
Jem ciasto, którego on jeść nie może. Luluś z oczami proszącymi: "Oj daj troseczkę".
niedziela, 30 listopada 2014
poniedziałek, 24 listopada 2014
Diagnoza jesienna
Lusia miała w przedszkolu "diagnozę jesienną", jakiś sprawdzian umiejętności w pięciu obszarach i we wszystkich uzyskała prawie maksymalną liczbę punktów. Jest w pierwszej czwórce dzieci z najlepszymi wynikami (jakoś tak powiedziała Pani)
Hurraaaa :))))))
Pani nie omieszkała mi zakomunikować, że to zadziwiająco fantastyczny wynik w zestawieniu z tym, że ona więcej siedzi w domu niż chodzi do przedszkola. "Widać, że pani z nią pracuje" :))))
Nie cieszę się, że widać pracę, tylko, że są efekty. A nasza praca to nauka zabawowa, więc obie ją lubimy.
No i niespodzianka, bo Lusia się nigdy nie zgłasza i właściwie do tej pory Pani nie wiedziała, jaką ona ma wiedzę i umiejętności.
Nie afiszowałam się z tym, ale jestem bardzo dumna :)
***
A dziś był basen i z zaawansowanej grupy Lusi się trochę dzieci wykruszyło, część przeszła do grupy niezaawansowanej, a część się rozchorowała. Dziś z czternaściorga wyjściowych było 6 osób. I Lusia naprawdę super sobie radziła. Pani ustawiła ją jako pierwszą na torze i o dziwo tak się spięła, że pływała modelowo. I skakała do wody też :) TO lubi najbardziej.
Hurraaaa :))))))
Pani nie omieszkała mi zakomunikować, że to zadziwiająco fantastyczny wynik w zestawieniu z tym, że ona więcej siedzi w domu niż chodzi do przedszkola. "Widać, że pani z nią pracuje" :))))
Nie cieszę się, że widać pracę, tylko, że są efekty. A nasza praca to nauka zabawowa, więc obie ją lubimy.
No i niespodzianka, bo Lusia się nigdy nie zgłasza i właściwie do tej pory Pani nie wiedziała, jaką ona ma wiedzę i umiejętności.
Nie afiszowałam się z tym, ale jestem bardzo dumna :)
***
A dziś był basen i z zaawansowanej grupy Lusi się trochę dzieci wykruszyło, część przeszła do grupy niezaawansowanej, a część się rozchorowała. Dziś z czternaściorga wyjściowych było 6 osób. I Lusia naprawdę super sobie radziła. Pani ustawiła ją jako pierwszą na torze i o dziwo tak się spięła, że pływała modelowo. I skakała do wody też :) TO lubi najbardziej.
Niestety nie je obiadów przed basenem w przedszkolu i jedzie głodna. Zawsze jest ryba + ryż/ewent. ziemniaki. Ryb nie jada. Potem nie ma siły pływać i się cały czas trzęsie. Z minuty na minutę jest coraz słabsza i bardziej fioletowa. Dla mnie - MATKI to mało krzepiący widok i lepiej tego widowiska nie oglądać...
Mąż naciska, żeby na basen chodziła bo to jest dla niej frajda i rozwój motoryki. Ale laryngolog specjalnie zadowolona nie jest, bo niestety zawsze idzie w zatoki :( Mam nadzieję, że teraz przez te sterydy jest trochę chroniona.
Mąż naciska, żeby na basen chodziła bo to jest dla niej frajda i rozwój motoryki. Ale laryngolog specjalnie zadowolona nie jest, bo niestety zawsze idzie w zatoki :( Mam nadzieję, że teraz przez te sterydy jest trochę chroniona.
czwartek, 20 listopada 2014
Chorowanie Lusi
Dzieci znowu chorują. Już od dłuższego czasu. Z katarami nieprzerwanie walczymy od września. Teraz Lusi doszedł kaszel. Nie jest męczący, ale cały czas jest. Głównie o poranku i wieczorem. Ponieważ Lusia ma często zapchane zatoki, i taką ropną wydzielinę, dość często chodzimy do laryngologa. I w tym tygodniu tez poszłyśmy na kontrolę. Niby nie jest źle. Ale przez ponad tydzień nie chodziła do przedszkola, bo miała "gluta". Wcześniej tydzień była na wyjeździe z "glutem". Teraz sytuację opanowałam za pomocą sterydów wziewnych (to już u nas ostateczność i ostatni raz stosowałyśmy ponad 2 lata temu) i innych wynalazków, nie wspominając leków antyhistaminowych. Teraz Lusia wygląda na oko całlkiem OK "tylko pokasłuje" ale zdrowa to na pewno nie jest... Jutro odstawiam sterydy i zobaczymy jaka będzie sobota...
Właśnie trzy tygodnie temu, po kilkudniowej przerwie, poszła do przedszkola ładna, zadbana zadowolona dziewczynka. Odbieram ją zmęczoną, pokasłującą, i z glutem wiszącym (mimo, że naprawdę umie wydmuchiwać nos i robi to często nawet w przedszkolu). Coś jest w tym środowisku, że ona tak ciągle choruje. A jest tam tylko 4 godziny (ze względu właśnie na niską odporność)
Teraz dostała szczepionkę podnoszącą odporność. Za kilka dni ją kończymy. Ale nie chce mi się wierzyć, że to pomoże. Dostała też równolegle leki homeopatyczne, co mam nadzieję trochę ją uodporni. Z doświadczenia wiem, że dobrze na nią działają (dobrze też działają na Lulusia). Nie chce mi się myśleć, co nas czeka w grudniu. Nie przeszkadza mi, że siedzimy sobie razem w domu. Ale w przedszkolu ma koleżanki, co jest dla niej bardzo ważne. Nie chcę, żeby była pozbawiona kontaktu z rówieśnikami. A z drugiej strony chorego dziecka nie będę prowadzała do przedszkola. Sama mówi, że się wstydzi jak ciągle smarka i kaszle.
I tak nie wiem co robić, a moje myśli gonią swój ogon :(
Właśnie trzy tygodnie temu, po kilkudniowej przerwie, poszła do przedszkola ładna, zadbana zadowolona dziewczynka. Odbieram ją zmęczoną, pokasłującą, i z glutem wiszącym (mimo, że naprawdę umie wydmuchiwać nos i robi to często nawet w przedszkolu). Coś jest w tym środowisku, że ona tak ciągle choruje. A jest tam tylko 4 godziny (ze względu właśnie na niską odporność)
Teraz dostała szczepionkę podnoszącą odporność. Za kilka dni ją kończymy. Ale nie chce mi się wierzyć, że to pomoże. Dostała też równolegle leki homeopatyczne, co mam nadzieję trochę ją uodporni. Z doświadczenia wiem, że dobrze na nią działają (dobrze też działają na Lulusia). Nie chce mi się myśleć, co nas czeka w grudniu. Nie przeszkadza mi, że siedzimy sobie razem w domu. Ale w przedszkolu ma koleżanki, co jest dla niej bardzo ważne. Nie chcę, żeby była pozbawiona kontaktu z rówieśnikami. A z drugiej strony chorego dziecka nie będę prowadzała do przedszkola. Sama mówi, że się wstydzi jak ciągle smarka i kaszle.
I tak nie wiem co robić, a moje myśli gonią swój ogon :(
poniedziałek, 17 listopada 2014
Miłość
Kocham moje dzieci bezgranicznie i z wzajemnością. Jestem szczęściarą. Mam czas i możliwość, żeby być z nimi na co dzień. I ogromnie się z tego cieszę. Gdy Luluś jest zmęczony mogę go przytulić, wziąć na ręce, ukołysać. Gdy Lusia się zdenerwuje, jest rozdrażniona lub smutna może przyjść i usiąść na moich kolanach. Z resztą ją też noszę, jeśli potrzebuje.
Dziś Luluś się przewrócił o kapcie i wołał "Mamusiu, mamusiu, gdzie jesteś". I za chwilę kołysałam go na ręku, a On się spokojnie i ufnie wtulił w moje ramiona. Przestał płakać w sekundę. Bezcenna chwila. Myślę, że gdy Mały podrośnie będę wracała do tych chwil.
Wieczorem, gdy mąż go usypiał (robi to codziennie) Luluś zaczął popłakiwać, że chce do "Mamusi"... i w końcu po kilkudziesięciu minutach (gdy umyłam i położyłam córkę) weszłam do niego do pokoju. Wyciągnął rączki do góry i mówi "Mamusia przyszła". Wzięłam go na ręce, przytuliłam i usnął w dwie minuty...
Mam takie wrażenie, że nie ma takich słów, którymi mogłabym opisać miłość do dzieci...
Dziś Luluś się przewrócił o kapcie i wołał "Mamusiu, mamusiu, gdzie jesteś". I za chwilę kołysałam go na ręku, a On się spokojnie i ufnie wtulił w moje ramiona. Przestał płakać w sekundę. Bezcenna chwila. Myślę, że gdy Mały podrośnie będę wracała do tych chwil.
Wieczorem, gdy mąż go usypiał (robi to codziennie) Luluś zaczął popłakiwać, że chce do "Mamusi"... i w końcu po kilkudziesięciu minutach (gdy umyłam i położyłam córkę) weszłam do niego do pokoju. Wyciągnął rączki do góry i mówi "Mamusia przyszła". Wzięłam go na ręce, przytuliłam i usnął w dwie minuty...
Mam takie wrażenie, że nie ma takich słów, którymi mogłabym opisać miłość do dzieci...
czwartek, 16 października 2014
Rehabilitacja Lusi
Oj... jak dawno tu nie byłam. U nas dużo się dzieje i nie mam czasu na komputer. Jak wczoraj dopadłam laptopa to zdarzyłam przeczytać, co u kogo słychać :) ale już odpisać nie za bardzo.
Z dobrych wiadomości u nas to, że od dwóch tygodni jeździmy z Lusią na rehabilitację :) Znów się wzięłam za jej zdrowie, bo jakoś ostatnio tak pochłonęły mnie sprawy jej emocji, że resztę spraw trochę odpuściłam. Skierowanie leżało w szpitalu od kwietnia i teraz zadzwoniła pani, że mamy zielone światło :) i dostaliśmy się na oddział do szpitala na zajęcia korekcyjne. Do tego mamy jeszcze w pakiecie naświetlane lampami dla ogólnej poprawy odporności i zajęcia logopedyczne z naszą ulubioną logopedką (hurra!!!) aż trzy razy w tygodniu.
W badaniu ogólnym wyszło, że Lusia jest wiotka (jest szczuplutka) i ma też wiotkość ręki. Niestety nie było już miejsca na terapię ręki na oddziale, ale dzięki dobremu sercu dwóch osób, udało na się w tym tygodniu jednak dostać na dwa zajęcia z terapii zajęciowej, żeby Pan instruktor pokazał nam, co i jak ćwiczyć w domu. Super miło i fajnie, do tego zabawowo, więc Lusi się podobało.
Wciąż czekamy na diagnozę SI, którą robię prywatnie, bo w rejonowej poradni P-P trzeba by długo czekać na badanie.
I tak jeździmy sobie codziennie na kilka godzin do szpitala. Odbieram Lusię z przedszkola po obiedzie i potem na oddział i w końcu przed 16.00 zawijamy do domu. Po pierwszym tygodniu zobaczyłam, że Lusia jest bardzo zmęczona, ale też jakby bardziej rozdrażniona, byle co wytrąca ją z równowagi, a popołudnia z bratem to poligon wojskowy, bo nie mogą się zgodzić.
W tym tygodniu, we wtorek na rehabilitacji ledwo wykonywała ćwiczenia, bez entuazjazmu, jakby nieobecna. A gdy tylko usiadła w foteliku samochodowym to zasnęła. I tak przeniosłam ją do domu i spała jeszcze 2,5 godziny. Wstała na chwilę i znów położyła się spać. Jak to się mówi, była całkowicie "wypruta". Ostatnie dwa dni postanowiłam odpuścić sobie przedszkole i jeździć z Lusią tylko do szpitala. I nareszcie odzyskałam swoje dziecko :) Dobrze się wysypia. Chętnie zjada przygotowane posiłki (w przedszkolu, podobno tylko rozgrzebie i zostawia). Jest wesoła i chętna do ćwiczeń, a nawet w domu sama domaga się ćwiczeń logopedycznych i robi ćwiczenia korekcyjne na dywanie :)
I znów odbieram sygnał intuicji: "nie ma nic gorszego niż przeciążenie".
Ja sama czuję się jak po zdeżeniu z walcem, bo obowiązków doszło, a mąż nie bardzo w nich partycypuje. Rano wstaję, szykuję Lusię do przedszkola, Lulusia ubieram i karmię, robię obiad (z czym się schodzi, bo dla nas ogólny, a dla Lulusia alergiczny), piorę, wieszam pranie, odkurzam, segreguję zabawki, bo dzieci w kółko wszystko wszędzie przenoszą. W międzyczasie bawię się z Lulusiem. I już jest południe, czas jechać do szpitala. O 16.00 wracamy, dzieci się bawią bądź walczą. Podszykowuję posiłek, jemy drugie danie. Lecę (lecimy) na szybkie zakupy spożywcze, jak czegoś brakuje. Zaraz robi się 19.00. Lekka kolacyjka i dzieci idą się myć. Podczas mycia przychodzi mąż i bierze Lulusia do uśpienia. Ja myję Lusię, czytamy książeczkę, pogadamy, poprzytulamy się i ok. 20.00-21.00 mała śpi. A ja odpadam...mimo, że wieczór jeszcze długi.
Z dobrych wiadomości u nas to, że od dwóch tygodni jeździmy z Lusią na rehabilitację :) Znów się wzięłam za jej zdrowie, bo jakoś ostatnio tak pochłonęły mnie sprawy jej emocji, że resztę spraw trochę odpuściłam. Skierowanie leżało w szpitalu od kwietnia i teraz zadzwoniła pani, że mamy zielone światło :) i dostaliśmy się na oddział do szpitala na zajęcia korekcyjne. Do tego mamy jeszcze w pakiecie naświetlane lampami dla ogólnej poprawy odporności i zajęcia logopedyczne z naszą ulubioną logopedką (hurra!!!) aż trzy razy w tygodniu.
W badaniu ogólnym wyszło, że Lusia jest wiotka (jest szczuplutka) i ma też wiotkość ręki. Niestety nie było już miejsca na terapię ręki na oddziale, ale dzięki dobremu sercu dwóch osób, udało na się w tym tygodniu jednak dostać na dwa zajęcia z terapii zajęciowej, żeby Pan instruktor pokazał nam, co i jak ćwiczyć w domu. Super miło i fajnie, do tego zabawowo, więc Lusi się podobało.
Wciąż czekamy na diagnozę SI, którą robię prywatnie, bo w rejonowej poradni P-P trzeba by długo czekać na badanie.
I tak jeździmy sobie codziennie na kilka godzin do szpitala. Odbieram Lusię z przedszkola po obiedzie i potem na oddział i w końcu przed 16.00 zawijamy do domu. Po pierwszym tygodniu zobaczyłam, że Lusia jest bardzo zmęczona, ale też jakby bardziej rozdrażniona, byle co wytrąca ją z równowagi, a popołudnia z bratem to poligon wojskowy, bo nie mogą się zgodzić.
W tym tygodniu, we wtorek na rehabilitacji ledwo wykonywała ćwiczenia, bez entuazjazmu, jakby nieobecna. A gdy tylko usiadła w foteliku samochodowym to zasnęła. I tak przeniosłam ją do domu i spała jeszcze 2,5 godziny. Wstała na chwilę i znów położyła się spać. Jak to się mówi, była całkowicie "wypruta". Ostatnie dwa dni postanowiłam odpuścić sobie przedszkole i jeździć z Lusią tylko do szpitala. I nareszcie odzyskałam swoje dziecko :) Dobrze się wysypia. Chętnie zjada przygotowane posiłki (w przedszkolu, podobno tylko rozgrzebie i zostawia). Jest wesoła i chętna do ćwiczeń, a nawet w domu sama domaga się ćwiczeń logopedycznych i robi ćwiczenia korekcyjne na dywanie :)
I znów odbieram sygnał intuicji: "nie ma nic gorszego niż przeciążenie".
Ja sama czuję się jak po zdeżeniu z walcem, bo obowiązków doszło, a mąż nie bardzo w nich partycypuje. Rano wstaję, szykuję Lusię do przedszkola, Lulusia ubieram i karmię, robię obiad (z czym się schodzi, bo dla nas ogólny, a dla Lulusia alergiczny), piorę, wieszam pranie, odkurzam, segreguję zabawki, bo dzieci w kółko wszystko wszędzie przenoszą. W międzyczasie bawię się z Lulusiem. I już jest południe, czas jechać do szpitala. O 16.00 wracamy, dzieci się bawią bądź walczą. Podszykowuję posiłek, jemy drugie danie. Lecę (lecimy) na szybkie zakupy spożywcze, jak czegoś brakuje. Zaraz robi się 19.00. Lekka kolacyjka i dzieci idą się myć. Podczas mycia przychodzi mąż i bierze Lulusia do uśpienia. Ja myję Lusię, czytamy książeczkę, pogadamy, poprzytulamy się i ok. 20.00-21.00 mała śpi. A ja odpadam...mimo, że wieczór jeszcze długi.
środa, 1 października 2014
Lusia przełamuje strach
W poniedziałek do przedszkola Lusi niespodziewanie przyszły dziewczyny z jakiejś szkoły tańca, żeby dzieci nauczyć tańczyć Zumbę :) Było to dla rodziców zaskoczenie, impreza niezaplanowana. Przyszłam odebrać Córkę trochę wcześniej, bo jechałyśmy do lekarza (dostała uczulenia na rączkach prawdopodobnie od plasteliny).
Wchodzę na posesję przedszkola i widzę, że na placu zabaw są wszystkie grupy, czyli trochę mniej niż 100 dzieci. Nie musiałam długo wpatrywać się w tłum, poszukując mojego dziecka, bo Córcia moja stała całkiem z tyłu przy zjeżdżalni i gniotła w rączkach szalik. Chwilę odczekałam, ale niewiele się wydarzyło, więc się "ujawniłam". Podeszła do mnie jej wychowawczyni i pyta, czy zabieram dziecko do domu. Zapytałam, co się dzieje? Co to za impreza? Gdy się dowiedziałam poprosiłam o zawołanie Lusi. Zapytałam, czy chce zostać. Powiedziała, że idzie ze mną do domu. Próbowałam ją zachęcić mówiąc, że jest fajnie, imprezka, dzieci tańczą i fikają. A ona odpowiedziała: "Ale mamusiu ja nie chcę tu być, bo tu jest za dużo pań". Fakt, pań z zespołu było ze dwadzieścia.
Powiedziałam jej, że jeśli chce to pójdziemy do domu, ale może choć chwilę popatrzy na tańce. Za 15 minut moja Córcia w ostatnim rzędzie za rękę z "panią od obiadów" kicała i podrygiwała w takt muzyki. A po pewnym czasie dołączyły do niej dwie koleżanki z grupy. Śmiała się w głos, a na ustach zagościł "banan". Jak już się wszystko skończyło i pora była iść do domu, podeszła do mnie "pani od obiadów" i mówi, że Lusi się naprawdę podobało, na swój sposób skorzystała z tej imprezy. Co sama widziałam. Każdej napotkanej osobie opowiadała później, jak to uczyła się tańczyć Zumbę w przedszkolu...
Aż mi serce urosło, że potrafiła zwerbalizować swój strach (boi się tłumu i tłoku). I że się przełamała i nie "skamieniała" tym razem, tylko uczestniczyła w zabawie. Ale co tu będę ukrywać - to też zasługa "pani od obiadów" :)
***
I tak na marginesie, jak suuuper, że prócz wychowawców w przedszkolu są tzw. panie do pomocy, które najczęściej pomagają dzieciom przy posiłkach, w ubieraniu się przed wyjściem na dwór, czy w wycieczkach do WC. Nasze "panie pomocowe" mają wielkie serca i dużo empatii.
Czego nie można powiedzieć o wychowawczyniach, które są zimne i niedostępne dla dzieci i pretensjonalne wobec rodziców. Nasza wychowawczyni - zdaniem co najmniej 75% rodziców - nie powinna pracować z dziećmi :P Trochę się zasiedziała przez te dwadzieścia parę lat pracy, a standardy postępowania z dziećmi się zmieniły, czego "żelazna dama" nie dostrzega. Nie wspominając o braku cierpliwości. Jeden z ojców stwierdził, że chyba przechodzi klimakterium :) bo czasami ją tak emocje przerastają, że nie wiadomo, z czym wyskoczy. Ale to już temat na innego posta... :)
Wchodzę na posesję przedszkola i widzę, że na placu zabaw są wszystkie grupy, czyli trochę mniej niż 100 dzieci. Nie musiałam długo wpatrywać się w tłum, poszukując mojego dziecka, bo Córcia moja stała całkiem z tyłu przy zjeżdżalni i gniotła w rączkach szalik. Chwilę odczekałam, ale niewiele się wydarzyło, więc się "ujawniłam". Podeszła do mnie jej wychowawczyni i pyta, czy zabieram dziecko do domu. Zapytałam, co się dzieje? Co to za impreza? Gdy się dowiedziałam poprosiłam o zawołanie Lusi. Zapytałam, czy chce zostać. Powiedziała, że idzie ze mną do domu. Próbowałam ją zachęcić mówiąc, że jest fajnie, imprezka, dzieci tańczą i fikają. A ona odpowiedziała: "Ale mamusiu ja nie chcę tu być, bo tu jest za dużo pań". Fakt, pań z zespołu było ze dwadzieścia.
Powiedziałam jej, że jeśli chce to pójdziemy do domu, ale może choć chwilę popatrzy na tańce. Za 15 minut moja Córcia w ostatnim rzędzie za rękę z "panią od obiadów" kicała i podrygiwała w takt muzyki. A po pewnym czasie dołączyły do niej dwie koleżanki z grupy. Śmiała się w głos, a na ustach zagościł "banan". Jak już się wszystko skończyło i pora była iść do domu, podeszła do mnie "pani od obiadów" i mówi, że Lusi się naprawdę podobało, na swój sposób skorzystała z tej imprezy. Co sama widziałam. Każdej napotkanej osobie opowiadała później, jak to uczyła się tańczyć Zumbę w przedszkolu...
Aż mi serce urosło, że potrafiła zwerbalizować swój strach (boi się tłumu i tłoku). I że się przełamała i nie "skamieniała" tym razem, tylko uczestniczyła w zabawie. Ale co tu będę ukrywać - to też zasługa "pani od obiadów" :)
***
I tak na marginesie, jak suuuper, że prócz wychowawców w przedszkolu są tzw. panie do pomocy, które najczęściej pomagają dzieciom przy posiłkach, w ubieraniu się przed wyjściem na dwór, czy w wycieczkach do WC. Nasze "panie pomocowe" mają wielkie serca i dużo empatii.
Czego nie można powiedzieć o wychowawczyniach, które są zimne i niedostępne dla dzieci i pretensjonalne wobec rodziców. Nasza wychowawczyni - zdaniem co najmniej 75% rodziców - nie powinna pracować z dziećmi :P Trochę się zasiedziała przez te dwadzieścia parę lat pracy, a standardy postępowania z dziećmi się zmieniły, czego "żelazna dama" nie dostrzega. Nie wspominając o braku cierpliwości. Jeden z ojców stwierdził, że chyba przechodzi klimakterium :) bo czasami ją tak emocje przerastają, że nie wiadomo, z czym wyskoczy. Ale to już temat na innego posta... :)
piątek, 26 września 2014
Lusia i jej nieśmiałość :(
Mam od pewnego czasu kłopot. Moja Lusia (lat 4) w obcych miejscach, szczególnie w obliczu nieznanej grupy osób, jest baaardzo nieśmiała. Rzekłabym, że chorobliwie. W takiej sytuacji nie trzyma kontaktu wzrokowego z dorosłymi i dziećmi. Patrzy się w ziemię i nawet jak odpowiada na pytania to w taki sposób, że rozmówca nie słyszy, co mówi :(
I teraz kilka sytuacji dnia codziennego.
W ubiegłym tygodniu byliśmy na basenie pierwszy raz z przedszkolem (od tego roku nasze przedszkolaki mają basen). Lusia oswojona z wodą jest od 4 miesiąca życia. Lubi basen, lubi pływać, skacze na bombę, zjeżdża na zjeżdżalni, nurkuje. Można powiedzieć - woda to jej żywioł. W związku z poleceniem pań przedszkolanek w domu mamy przećwiczone rozbieranie się w 3 minuty i przebieranie w kostium. Jest samodzielna i zawsze się sama ubiera/rozbiera, więc to dla nas nie kłopot.
Córka ten konkretny basen zna, chodzi tam z nami od ponad trzech lat, najpierw raz w tygodniu, teraz kilka razy w miesiącu. Zna ratowników i trenerów. Zna i lubi też swoją grupę przedszkolną. I tego dnia na basen idę też ja - jako opiekunka.
W szatni moja Lunia podczas rozbierania się patrzy na wszystkie dzieci, rozgląda się (jakby pierwszy raz tu była). Ubrana w kostium jest jako jedna z ostatnich. Dalej dzieci idą pod prysznice. I zaczyna się lekcja. Instruktorzy uczą dzieci, jak odliczać na zbiórce, pokazują części basenu, mówią co dziś będą robić. Proszą, żeby ustawić się w kolejce po rękawki. Lusia idzie dziersko, staje jako piąta w kolejce. Rękawki dostaje jako ostatnia!!! z ponad dwudziestki dzieci. Wystawiła rękę i patrzy w ziemię i czeka, aż jej pani instruktor włoży. Inne dzieci powchodziły przed nią. Zagadywały do istruktorek, lub chociaż wołały "teraz ja". A Lusia stała jak słup soli z wyciągniętą rączką do końca. Wyglądało to jakby Pani ją pomijała.
Następnie dzieci mają wejść do wody przy drabince. Lusia stała blisko wody, jako jedna z trzech osób najbliżej barierki. Instruktorki powiedziały, żeby zrobić kolejkę "gęsiego". Dzieci się ścisnęły w kolejkę. Lusia została z boku, popatrzyła na dzieci i poszła na koniec kolejki :( Za nią były jeszcze 4 płaczące osoby, które nie chciały w ogóle wejść do wody. Zanim weszła do wody minęło 10 minut, bo różnie dzieci reagowały, jedne szybko wchodziły, a inne po kilka razy. Połowa grupy (ta pierwsza) już zrobiła kilka ćwiczeń rozgrzewających zanim Lusia się doczekała wejścia do basenu. Była ostatnia, bo ta czwórka nie weszła w ogóle. Kilka razy machnęli nogami i zaczął się czas zabawy. Z zajęć niewiele skorzystała.
I teraz kilka sytuacji dnia codziennego.
W ubiegłym tygodniu byliśmy na basenie pierwszy raz z przedszkolem (od tego roku nasze przedszkolaki mają basen). Lusia oswojona z wodą jest od 4 miesiąca życia. Lubi basen, lubi pływać, skacze na bombę, zjeżdża na zjeżdżalni, nurkuje. Można powiedzieć - woda to jej żywioł. W związku z poleceniem pań przedszkolanek w domu mamy przećwiczone rozbieranie się w 3 minuty i przebieranie w kostium. Jest samodzielna i zawsze się sama ubiera/rozbiera, więc to dla nas nie kłopot.
Córka ten konkretny basen zna, chodzi tam z nami od ponad trzech lat, najpierw raz w tygodniu, teraz kilka razy w miesiącu. Zna ratowników i trenerów. Zna i lubi też swoją grupę przedszkolną. I tego dnia na basen idę też ja - jako opiekunka.
W szatni moja Lunia podczas rozbierania się patrzy na wszystkie dzieci, rozgląda się (jakby pierwszy raz tu była). Ubrana w kostium jest jako jedna z ostatnich. Dalej dzieci idą pod prysznice. I zaczyna się lekcja. Instruktorzy uczą dzieci, jak odliczać na zbiórce, pokazują części basenu, mówią co dziś będą robić. Proszą, żeby ustawić się w kolejce po rękawki. Lusia idzie dziersko, staje jako piąta w kolejce. Rękawki dostaje jako ostatnia!!! z ponad dwudziestki dzieci. Wystawiła rękę i patrzy w ziemię i czeka, aż jej pani instruktor włoży. Inne dzieci powchodziły przed nią. Zagadywały do istruktorek, lub chociaż wołały "teraz ja". A Lusia stała jak słup soli z wyciągniętą rączką do końca. Wyglądało to jakby Pani ją pomijała.
Następnie dzieci mają wejść do wody przy drabince. Lusia stała blisko wody, jako jedna z trzech osób najbliżej barierki. Instruktorki powiedziały, żeby zrobić kolejkę "gęsiego". Dzieci się ścisnęły w kolejkę. Lusia została z boku, popatrzyła na dzieci i poszła na koniec kolejki :( Za nią były jeszcze 4 płaczące osoby, które nie chciały w ogóle wejść do wody. Zanim weszła do wody minęło 10 minut, bo różnie dzieci reagowały, jedne szybko wchodziły, a inne po kilka razy. Połowa grupy (ta pierwsza) już zrobiła kilka ćwiczeń rozgrzewających zanim Lusia się doczekała wejścia do basenu. Była ostatnia, bo ta czwórka nie weszła w ogóle. Kilka razy machnęli nogami i zaczął się czas zabawy. Z zajęć niewiele skorzystała.
W tym tygodniu dużo z Lusią rozmawiałam o tym, że trzeba patrzeć w oczy, bo pani nie zauważy, że ona czeka i nie trzeba uciekać na koniec kolejki, tylko stawać w swoim miejscu.
Nadszedł kolejny dzień basenowy. W przebieralni uubieranie kostiumu poszło nam nieźle. Dawałam komendy: zdjemujemy to, wkładamy to, szykujemy ręcznik. Sporo dzieci skorzystało, bo ubierały się na te moje komendy :))) i sprawnie to wszystkim poszło. I na basenie znów zbiórka, odliczanie, idą po rękawki. I Lusia znów stoi z wyciągniętą rączką, patrzy w ziemię, dzieci ją mijają. Rękawki otrzymała jako ostatnia :((( Płakać mi się zachciało, gula w gardle sstanęła. No co jest? Przecież rozmawiałyśmy, rozumiała, ćwiczyłyśmy podchodzenie bliżej i tu w sytuacji stresowej znów ją zmroziło :(((
Później była kwalifikacja do grup. Dzieci pływały i wykonywały ćwiczenia w wodzie. Lusia jako jedna z dwóch najlepiej pływających osób z grupie, została wyłoniona przez instruktorkę od razu jako "zaawansowana". Jest to zgodne ze stanem faktycznym, bo pływa bez tych makaronów i innych pomocy, powoli rezygnując z rękawków.
Ale cóż z tego, jak ona głownie stoi na brzegu, bo się przebić nie może. Zawsze ostatnia. Z głową spuszczoną i wzrokiem wbitym w podłogę.
Nadszedł kolejny dzień basenowy. W przebieralni uubieranie kostiumu poszło nam nieźle. Dawałam komendy: zdjemujemy to, wkładamy to, szykujemy ręcznik. Sporo dzieci skorzystało, bo ubierały się na te moje komendy :))) i sprawnie to wszystkim poszło. I na basenie znów zbiórka, odliczanie, idą po rękawki. I Lusia znów stoi z wyciągniętą rączką, patrzy w ziemię, dzieci ją mijają. Rękawki otrzymała jako ostatnia :((( Płakać mi się zachciało, gula w gardle sstanęła. No co jest? Przecież rozmawiałyśmy, rozumiała, ćwiczyłyśmy podchodzenie bliżej i tu w sytuacji stresowej znów ją zmroziło :(((
Później była kwalifikacja do grup. Dzieci pływały i wykonywały ćwiczenia w wodzie. Lusia jako jedna z dwóch najlepiej pływających osób z grupie, została wyłoniona przez instruktorkę od razu jako "zaawansowana". Jest to zgodne ze stanem faktycznym, bo pływa bez tych makaronów i innych pomocy, powoli rezygnując z rękawków.
Ale cóż z tego, jak ona głownie stoi na brzegu, bo się przebić nie może. Zawsze ostatnia. Z głową spuszczoną i wzrokiem wbitym w podłogę.
W tym tygodniu zaliczyliśmy również zajęcia z języka angielskiego, na których był mąż, który ma znaczniej mniej cierpliwości niż ja i nie wzmacnia tak słowem. I był załamany. Z jego relacji: "nie patrzy na panią. Pani nie słyszy, co ona odpowiada. Zamiast wykonywać polecenia patrzy cielęcym wzrokiem na inne dzieci" :(((
Potem w domu lekcje przerabiam z córką w zabawie. Pytam o słówka, jakąś wyliczankę powiem, żeby przetrawiła to, co pod wpływem stresu może nie do końca jej zapadło w pamięć. Ale szczerze powiem, że pomysłów mi brakuje, jak ją odblokować i gdzie właściwie jest problem.
Byłam już u kilku specjalistów, psychologów, w poradni PP, ale ona w kontakcie jeden na jeden jest super i nic nie widzą niepokojącego. Komunikatywna, rozmowna, rzeczowa, wykonująca polecenia, wychodząca z inicjatywą. I przez to uznane jest, że wszystko gra...
Teraz robimy prywatnie diagnozę SI i rozwoju psychoruchowego, bo Lusia jest nadwrażliwa na hałas, a sama dużo hałasu w domu generuje. Jest też wrażliwa na zaburzenia rytmu dnia i często wraca z przedszkola przebodźcowana i musi odpocząć i się wyładować. Nie panuje wtedy nad emocjami i często płacze już przekraczając próg domu. Panie przedszkolanki chyba by mi nie uwierzyły.
Sama już nie wiem, jakie zajęcia mogłyby jej pomóc w przełamaniu tej nieśmiałości w grupie. Może ktoś podpowie, gdzie pójść i o co prosić....
***
Teraz robimy prywatnie diagnozę SI i rozwoju psychoruchowego, bo Lusia jest nadwrażliwa na hałas, a sama dużo hałasu w domu generuje. Jest też wrażliwa na zaburzenia rytmu dnia i często wraca z przedszkola przebodźcowana i musi odpocząć i się wyładować. Nie panuje wtedy nad emocjami i często płacze już przekraczając próg domu. Panie przedszkolanki chyba by mi nie uwierzyły.
Sama już nie wiem, jakie zajęcia mogłyby jej pomóc w przełamaniu tej nieśmiałości w grupie. Może ktoś podpowie, gdzie pójść i o co prosić....
***
Poza tym Lusia jest dziewczynką rozgadaną i pogodną. Lubi ruch, zabawy na świeżym powietrzu. Szybko dogaduje się z dziećmi w kontakcie 1na1. Nie zabiera zabawek, nie obraża się. I od tego roku szkolnego uwielbia chodzić do swojego przedszkola.
Subskrybuj:
Posty (Atom)